Survival 2009-11-15 15:39:01

Wyliczyłem dzisiaj, że do końca miesiąca mogę wydawać 4 zł 18 groszy dzienne na wszystkie możliwe potrzeby, czyli w praktyce na jedzenie. Innych potrzeb nie mam. Zachodzę w głowę, jak te pieniądze rozdysponować. Rozwiązywanie tej kwadratury koła zajmuje mnie od rana. Mogę teoretycznie żywić się jajecznicą z cebulą, chlebem i marchewką. Jakoś bym w ten sposób przeżył, może by i mi na zdrowie wyszła taka dieta. Układam więc w głowie plan, który zaraz po tym, jak się dopnie, rozpada się, pojawiają się na nim rysy. Bo na przykład, żeby zrobić jajecznicę, potrzebny jest olej, którego nie mam. Ile właściwie kosztuje olej? Chyba więcej niż jednodniowa racja żywnościowa. Zaraz przypominam sobie, że mam jeszcze ser w lodówce, keczup i masło orzechowe, których w obliczeniach nie uwzględniłem. Jeżeli będę przez następne dwa dni jadł to, co jest jeszcze w lodówce, mogą znaleźć się pieniądze na olej. Nie mam też właściwie soli, płynu do naczyń, kończy mi się pianka do golenia. Właściwie to podarły mi się spodnie. Więc chodzę w podartych. Martwi mnie drgająca powieka. Ewidentnie brakuje mi pewnych witamin. Nie przepadam za wyliczeniami na blogu, nigdy nie lubiłem 'relacyjności', opisywania tego, co się dzieje, jeżeli nic interesującego z tego nie wynika. To niezbyt pasjonujące zestawienie braków i potrzeb jest jednak jakimś dokumentem, który w przyszłości może coś znaczyć, być świadectwem pewnej epoki, która, jak zakładam, kiedyś się skończy.
Od dłuższego czasu balansuję na cienkiej linie. Łatwo jest z niej spaść i nie ukrywam, że nieraz byłem takiego upadku bliski. Mam za sobą różne przygody, różne sytuacje w jakiś sposób graniczne, opisywałem je malowniczo na blogu w długich wypracowaniach, jednak to, co dzieje się obecnie, jest skrajnością, dla której trudno znaleźć odpowiednik w przeszłości. Jest to sytuacja przejścia, które zdarza się w istocie raz w życiu. Jeżeli nie dostanę stypendium naukowego skończy się to katastrofą o skutkach trudnych do opisania. Wielbię 2009 rok za szansę, jaką mi ofiarował, w tym sensie jest to najlepszy czas od lat. Pomimo całego mojego biadolenia od dłuższego czasu w mojej podróży trasą życiowej sinusoidy znajduję się za okresem depresji i najprawdopodobniej przed czymś dobrym. Tak sądzę. Świadomy jestem jednak tego, jak kruche jest to wznoszenie się i jak łatwo wejść w kolejny dół. Nie jestem już przytłoczony codziennością funkcjonowania w dysfunkcyjnej rodzinie. Moje obecne problemy są tak naprawdę mniej znaczące niż te, które miałem jeszcze pół roku temu. Ale mogą mnie doprowadzić do konieczności powrotu do poprzedniego stanu, czego boję się jak ognia, bo doskonale wiem, że nie byłbym w stanie znieść tamtego życia dłużej. Jeśli już dostaniesz od życia zalążek normalności postrzeganej jako wolność od permanentnego udupienia, perspektywa powrotu wydaje się być koszmarem.

skomentuj (2)

tytuł wymyśl sobie sam 2009-11-08 00:51:05

Mieszkam w tym mieście już 3 miesiące. Nigdy nie byłem bardziej samotny niż jestem teraz. Jakbym zapadał się coraz głębiej w śmierdzący muł, jakbym nosił w sobie ranę broczącą smutkiem, który zalewa mnie nadchodzącymi regularnie falami. Gdy wieczorami pałętam się samotnie po centrum oczy zachodzą mi łzami. Nie użalam się nad sobą. Nawet nie myślę zbyt dużo. Łez nie wywołują żadne konkretne myśli, one się po prostu pojawiają. Niemal bezustannie otaczają mnie ludzie, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego, którzy niczym mnie nie przyciągają, nie ma w nich niczego intrygującego, niczego pięknego. Chodzę wcześnie spać i późno wstaję. Coraz mniej wierzę w to, że kiedyś będzie inaczej, że będzie 'dobrze'. Męczą mnie te same, nierozwiązywalne od lat problemy, te same bóle. Innym ludziom wszystko przychodzi tak łatwo, po prostu coś robią, dla mnie najprostsze rzeczy stanowią problem. Najgorsze jest to, że nikt tego nie rozumie i z tego powodu nawet nie próbuję nikomu tłumaczyć. Mógłbym jedynie wyjść na dziwaka, nic więcej. Jak każdy żałosny nieudacznik uciekam w marzenia, w fantazje. Życie nadal jest gdzie indziej a to, które mnie otacza, jest nieatrakcyjne. Szare życie w szarym mieście, przygnębienie rozlewa się wraz z mgłą między blokowiskami, płoży się po ziemi wsiąkając w każdy betonowy zakamarek szarości. Nie ma zachwytów, są rozczarowania. Dobrze, że już czas iść spać.

skomentuj (7)

Pierwszy śnieg 2009-10-15 00:53:31

Każdy z nas potrzebuje miłości; to oczywiste.
Budzę się niedługo przed jedenastą, widzę pierwszy w tym roku śnieg zalegający na drzewach za oknem, jest go naprawdę dużo, jest ciężki i mokry. Boli mnie ciało i chciałbym spać dłużej, ale wiem, że już nie zasnę. Na stole na środku pokoju nie ma miejsca - zajmują go puste butelki po wódce, piwie i soku, kieliszki i resztki pożywienia, które zalegają również na otaczającej stół podłodze. W moim kącie pokoju jest ciemnawo, z miejsca, w którym śpię widzę co prawda okno ale jest ono ode mnie oddalone o parę metrów, dodatkowo od centralnej części pokoju oddzielają mnie szafy ustawione tak, że powstaje coś na kształt 'własnej przestrzeni', jest to jednak tak naprawdę pozór prywatności - nie da się od izolować od ludzi, z którymi się mieszka. Zresztą, nawet gdyby spróbować, jakby to wyglądało?
Akademiccy współlokatorzy zalegają każdy na swoim miejscu, ich położenie od końca imprezy niewiele się zmieniło. Pierwszy jest nieco przy mnie niski a przy tym okrągławy, sprawia wrażenie miłego człowieka; chodzi spać nie wcześniej niż o 4 nad ranem i wstaje około godziny 14. Większą część dnia zajmuje mu przesiadywanie przy laptopie i granie w gry oraz słuchanie muzyki (konkretnie radia Eska). Jest sympatyczny i nudny. Starałem się z nim rozmawiać, ale nigdy nie wyszło to poza sferę podstawowych oczywistości.
Drugi wprowadził się ledwie dwa dni temu. Pochodzi z małego miasta na Dolnym Śląsku, porusza się ociężale, ma niski, tępy głos i podobny sposób bycia. Swoje nieskomplikowane wypowiedzi przerywa przekleństwami, często pociąga nosem, chrapie i pierdzi. Zupełnie nie wiem, o czym miałbym z nim rozmawiać.
Wielkie mokre płatki śniegu sypią się z bladoszarego nieba. Wzdrygam się na myśl, że muszę gdzieś dzisiaj iść, coś ze sobą zrobić, czymś się zająć. Najchętniej cały dzień spędziłbym w łóżku czytając "Cząstki elementarne". Na dworze musi być bardzo zimno a ja nie mam kurtki, jedynie marynarkę i bluzę. Nie mam też odpowiednich butów. Czuję, że mam spuchnięte gardło, wciąż czuję w sobie wczorajszy alkohol. Naprawdę chciałbym pospać jeszcze kilka godzin, choćby żeby nie musieć oglądać otaczającej mnie szarzyzny; żeby mnie nie było.
Kąpię się długo. Siadam pod prysznicem w kucki a na moje plecy leje się przez kilkanaście minut bardzo gorąca woda. Przyjemne ciepło strumieniami spływa po zmęczonym ciele, zbiera z jego powierzchni poprzedni dzień i noc, po czym znika w spływie. Myślę o M., myślę, żeby się wypchał. Będę o nim myślał co jakiś czas przez cały dzień. Nie sądzę, żebym darzył go uczuciem, mój nieoczekiwany afekt jest zapewne wynikiem odrzucenia. Choć kto wie, czy nie rozwinęłoby się we mnie coś tak dla mnie niepojętego jak zakochanie. Spałem przy nim i było mi dobrze, ucieszyłem się ranem z tego, że go widzę. To coś niezwykłego dla człowieka, który rzadko kiedy cieszy się czyjąś obecnością. Mężczyzn przyciągała moja pewność siebie, wygadanie, poczucie humoru i uśmiech. Odrzucałem ich jednego po drugim, zawsze obojętny, nieszczęśliwy z powodu niemożności odczuwania. Gdy M. mi się spodobał, okazało się, że wymienione przeze mnie cechy opuściły mnie. Byłem wystraszony i zamknięty w sobie, niewątpliwie zniechęcający. Cóż za ironia losu, niefart, pech czy to tam jeszcze. M. jest chłodny, nie jestem tożsamy z obrazem jego pragnień, nie jestem spontanicznym, wesołym chłopcem. Właściwie jestem za stary (choć to M. jest ode mnie 11 lat starszy). Moje zachowanie przy nim nie daje mu nadziei na to, że będę pompował w niego życie, tak jak robili to poprzednie chłopcy. Przyznaje, szkoda mi, że taki nie jestem. M. jest niezwykle przyjemnym człowiekiem, bardzo lubię jego serdeczną, ciepłą powierzchowność i naturalną dla niego wesołość. Może nauczyłbym się przy nim kochać. Może potoczyłoby się to inaczej, gdybym nie bał się tak panicznie seksu. Po raz kolejny jestem zdolny żałować tego, że jestem tak skomplikowanym człowiekiem.
Wiatr sypie mi mokry śnieg w oczy, który szybko się topi, marynarka staje się powoli ciężka od wody. Jadę do Pałacu na targi pracy; jestem coraz bardziej niechętny temu pomysłowi. Przemoczony i zziębnięty docieram na miejsce. W środku wielki tłum, nie znoszę tłumów. Czuję się przytłoczony, wyzwala to we mnie agresję, wpadam niemalże w panikę. Kręcę się bez sensu przez kilka minut między stoiskami zderzając się co i rusz z innymi ciałami, ludzie przepychają się dookoła mnie popychając mnie bez krępacji. Pomiędzy białymi budami jest szczelina, wchodzę w nią i znajduję mnóstwo pustej przestrzeni za rzędem boksów. Siadam pod ścianą i zamykam oczy. Słyszę głośny gwar ale nikogo nie widzę; oznaką tego, że ktoś jeszcze jest w kolumnowej sali jest jedynie dźwięk, przed którym nie mogę uciec tak samo jak w akademikowym pokoju nie mogę uciec przed odgłosami wydawanymi przez współlokatorów. Gwar jest jednolity, żadne konkretne kwestie mnie nie dobiegają. Dziwne uczucie pozostawania z boku rozgardiaszu, pozostawania z boku życia, gdzieś na peryferiach ludzkiego istnienia. Wpadam w rozpacz, gdybym chciał wrócić do tych ludzi nie byłbym nawet w stanie wstać. Obliczam po raz setny ile mam pieniędzy (a raczej ile ich nie mam) i do kiedy mi starczą. Wiem, że mogę się nawet miesiąc spóźnić z opłatą za akademik, wiem, że mogę jeść w barze Familijnym za grosze. Usiłuję sobie wmówić, że powinienem zacząć dawać korepetycje. Znajdowałem się w życiu w bardzo różnych sytuacjach, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek był tak zrozpaczony i wystraszony. Nie mam nawet z kim o tym porozmawiać, wszyscy są daleko, bardzo daleko. Do M. się nie odezwę, nie ma mowy, nie dam narazić się na śmieszność człowiekowi, który najprawdopodobniej niczego do mnie nie czuje. Serce bije mi szybko, czuję we krwi ciężkość rozchodzącą się po moim ciele, tak dobrze znaną mi ciężkość związaną z okresami depresji. Opuszczam Pałac niczego nie uzyskując, nie zostawiam nikomu cv.
Gdy wchodzę do głównego gmachu uczelni czuję się za każdym razem tak, jakbym znalazł się we wnętrzu atomu. Dookoła mnie przebiegają po zaburzonych trajektoriach ludzkie elektrony. Hol szkoły kipi niczym atomowe jądro. Czuję się tu obco, czuję, że mam z tymi ludźmi niewiele wspólnego. Fabryka przyszłych garniturowców (niektórzy już na studiach poruszają się na co dzień w takim ubiorze), zakład produkcyjny finansistów i ekonomistów, karierowiczów, pełen dynamicznych, energicznych młodych ludzi pewnych swojej przyszłości. Od pewnego czasu czuję, że w ogóle tu nie pasuję, że to jedna wielka życiowa pomyłka, że nie chcę mieć nic wspólnego ze słowem 'kariera'. Dobry Boże uchroń mnie przed karierą. Uchroń mnie przed znieczulicą, przed bufonadą, przesadną pewnością siebie. Boję się, że mogę nie wiedzieć, co jest naprawdę ważne, że mogę przechodzić obok tego obojętnie, nie dostrzegać, nie doceniać. Czasu jest mało.
Śnieg pada przez cały dzień, wiatr przechodzi kości. Marzę o tym, że jestem u M., że mnie przytula.
Każdy z nas potrzebuje miłości.

skomentuj (3)

Na Rozdrożu 2009-10-13 13:40:19

Na placu Na Rozdrożu stoi chłopak. Jest już w takim wieku, że można by go uznać za młodego mężczyznę, on jednak tego do siebie nie przyjmuje. Nie czuje się mężczyzną, nie wie co to znaczy. Przechyla się oparty o barierkę, za którą rozciąga się sięgający horyzontu sznur samochodów jadących Aleją Armii Ludowej. Jest wieczór, ściemnia się i niedługo zapadnie chłodna październikowa noc pozbawiona światła księżyca. Lekki deszczyk sprawia, że odczuwa się zimno jeszcze intensywniej, tym bardziej gdy nie ma się na sobie kurtki a jedynie bluzę i marynarkę, które już zdążyły przemoknąć, odpowiednie raczej do wrześniowej pogody niż do jesiennych chłodów.
Przed jego oczami przesuwają się światła: po lewej białe, po prawej czerwone. Biało - czerwony potok płynie cierpliwie, choć niezbyt szybko. Jest to raczej leniwa, acz wytrwała rzeka niż górski strumień. Szeroka rzeka zmotoryzowanych jednostek ludzkich poruszających się od punktu A do punktu B, przypadkowo zebrany, chaotyczny, choć pozornie tak dobrze zorganizowany konglomerat. Każdy zmierzą dokądś, wiedzie go cel jego podróży, goni go czas, cokolwiek miałoby to znaczyć.
Chłopiec zajmuje metr kwadratowy wyasfaltowanej powierzchni na placu o tak znaczącej nazwie i nie wie, w którą stronę ma pójść. W bezruchu jest mu zimno i czuje wilgoć w butach. Stoi tu już tak długo, że zdążyło zrobić się ciemno. Zapalone latarnie rzucają blade światło, które odbijając się od nawierzchni ulicy tworzy coś na kształt romantycznej atmosfery. Ale on bynajmniej nie odczuwa w tej chwili żadnego romantyzmu.
Jest sam tak bardzo, jak tylko może być człowiek w obcym mu mieście. Nie zna tu nikogo. Jego przyjaciele są oddaleni o tysiące kilometrów i nie ma z nimi kontaktu. Koszmarnie się boi. Tak bardzo, że jego świadomość działa wybiórczo: o pewnych rzeczach po prostu nie myśli, nie jest w stanie. Nie ma pracy i od pewnego czasu żyje na kredyt, który trzeba będzie spłacić. Jego rówieśnicy z uczelni są mu obcy, są inni, czuje, że nie byłby w stanie się z nimi dogadać nie rezygnując z części samego siebie, a tego nie chce, nie chce iść na kompromisy, choć, nie ukrywajmy, być może na dobre by mu wyszło, gdyby postarał się nie być tak bezkompromisowym w kwestii kontaktu z drugim człowiekiem.
Świat rozkłada się na jego oczach a on nie może uwierzyć w to, co się dzieje. Czuje, że traci kontakt z rzeczywistością, że nie jest w stanie jej przyjąć, nie jest w stanie ogarnąć, zrozumieć tego ciągu zdarzeń, w wyniku którego znalazł się w tym właśnie a nie innym miejscu, na skrzyżowaniu dróg. W jego wyobraźni przesuwają się w sposób automatyczny obrazy, nie jest w stanie ich wstrzymać ani wpłynąć na ich treść: one po prostu się pojawiają, mieszając się ze światłami miasta, ze światłami samochodów i deszczem w ten sposób, że powstaje z nich miękka, wilgotna i chłodna substancja, która zdaje się unosić dookoła niego, nie pozwala mu się wydostać z tego momentu. Odrealnienie sięga zenitu. Chwilami zdaje mu się, że wszystko zależy od niego, w tym również te rzeczy, które uznajemy za raczej niezależne od naszej woli. Każda rzecz, każde zdarzenie jest wynikiem pracy jego umysłu. To tak, jakby nie istniały one naprawdę, jakby nie było żadnej obiektywnej rzeczywistości a jedynie zbiór fantomów, które można regulować za pomocą swej własnej sprawczej siły. Każdy ma swoje własne zdanie (bądź cudze zdanie, tyle że zinternalizowane) i broni go z przekonaniem o jego słuszności. Każdy ma jakąś swoją rację podczas gdy prawda jest pojęciem abstrakcyjnym. Jak to możliwe, że dwie osoby mogą być tak odmienne w swym postrzeganiu, że każda z nich przekonana jest o osobistym obcowaniu z prawdą? To tylko fantomy, zbiory memów, myśli chłopiec i nie pomaga mu to bynajmniej w zachowaniu jasności umysłu.
W obliczu rozpadu usiłuje uczepić się czegoś stałego, jakiejś deski ratunku, rozpaczliwie potrzebuje fundamentu, wyrzucony na brzeg życia niczym nieporadny, pozbawiony szkieletu morski stwór. Ludzie są jak plankton, płyną tam, gdzie ich niesie nurt, siłą pływu, powtarza sobie. Tam, gdzie nie ma niczego stałego rzeczą niezwykłą jest zostać wyrzuconym na brzeg. To granica nieosiągalnego, strefa szaleństwa: nie da się przez nią przejść, meduza nie może żyć na lądzie, tak jak człowiek nie może żyć poza ludzkością. 'Każdy jest sobą' brzęczy mu w głowie idiotyczne zdanie, w którym zawiera się prawda o naszym doświadczeniu, o jego nieprzekraczalności. Ten, kto został wyrzucony na brzeg (nie odważyłbym się napisać: wydostał się na brzeg), może jedynie poddać się tej elektryczności, zwanej 'natchnieniem' bądź 'manią'. Łatwo jest zwariować, nie być w stanie wrócić w otchłań oceanu.
Twardym rdzeniem, dookoła którego organizuje się przestrzeń ludzkich odczuć, pragnień i wyobrażeń jest ich codzienność, ich ocean wrażeń. Doświadczenie, na którym się opierają, jest stałe i wyraźne. Praca, związek, dzieci, religia, posiłki, fizyczny wysiłek, znajomi i krewni, seks. Współuczestnictwo w tych wszystkich czynnościach. Wspólnota. Co ma zrobić ktoś, kto nie ma żadnej z tych rzeczy, ktoś odbierający rzeczywistość jako strumień nieprawdopodobieństwa? Co ma być jego rdzeniem, organizować mu życie, tak żeby nie było tylko pustym trwaniem?
Stoi na rozdrożu po raz kolejny. Boi się, że może być już zmęczony. Mijają lata, w czasie których nie dzieje się nic dobrego. Jeśliby miał wskazać jakąś rzecz, którą uczynił w swojej dorosłości, a która miała sens, wskazałby sylwestrową noc tego roku, gdy, jak mu się zdaje, choć boi się o tym pomyśleć głośno, uratował życie człowiekowi. Jedyne zdarzenie, które miało znaczenie. Od czasu do czasu ktoś wydziera się: 'ciesz się życiem, uśmiechnij się, jesteś młody'! Jakże by chciał odczuwać radość. Jest w tym mieście również po to, by ją odzyskać, by nauczyć się ją przeżywać. I nawet przez chwilę zdawało mu się, że to jest możliwe dzięki drugiemu człowiekowi. Kiedy zdarzyło mu się raz, po tylu latach, zainteresować kimś na poważnie, okazało się, że ten ktoś nie jest zainteresowany nim. Wydostał się na mgnienie ze swojego chłodu, by dostać kopa. To i tak ogromny postęp. Miłość mogłaby być tratwą, mogłaby być ratunkiem, czymś, co by realnie istniało, przekraczało możliwości logicznego myślenia, nie dało się zrozumieć, uderzało prawdziwością.
Światła suną w równych rzędach, chaos poskromiony chwilowo układa się we wzór złożony z błysków pośród nocy. Gdzieś tam przed oczyma chłopaka jest most przerzucony przez rzekę. Myśli, że też potrzebuje mostu, który przeprowadziłby go nad zimną, wilgotną ciemnością, potrzebuje życiowej estakady. Nie ma nikogo, kto by potrafił wznieść się na pewien poziom i wyciągnąć do niego rękę. Pokazać, jak się powinno żyć. Zamiast tego musi samotnie brnąć błotnistą ścieżką, o której nie wiadomo, czy dokądkolwiek prowadzi.
Z zawieszenia wyrywa go głód, fizyczny dowód istnienia, negatywny fundament.

skomentuj (0)

Księga Gości