Na dopiero co otwartej w warszawskim Muzeum Narodowym wystawie Ars Homo Erotica cokolwiek pustawo. Na korytarzach duchota, za oknem zdaje się 32 stopnie w cieniu, piątkowe popołudnie leniwie przeciąga się w słońcu. Po wystawowej sali snuje się w towarzystwie dziennikarki Karol Radziszewski. Głodna materiału dziennikarka podbiega i do mnie, nie ma w końcu zbyt dużego wyboru, wygląda na to, że jestem jedynym zwiedzającym wystawę w zasięgu jej wzroku. Jako, że mam złe doświadczenia z mediami tnącymi moje wypowiedzi tak, że tracą one całkiem swoje pierwotne znaczenie nabierając zarazem jakiegoś innego, całkiem nowego, przyjmuję raczej wycofaną postawę. Co mnie skłoniło do przyjścia do Muzeum? No, wystawa, przyszedłem zobaczyć. Czy to dobrze, że ekspozycja wzbudza dyskusje?, dopytuje wysłanniczka Radia Białystok. Bardzo dobrze, odpowiadam, dyskusje są świetne, oby więcej takich dyskusji! A jak mi się w ogóle podoba? Tutaj się trochę wymądrzam na temat klasycystycznych posągów, które dla przeciętnego widza nie mają homoerotycznych konotacji i dopiero umieszczone w kontekście wystawy domagają się wyjątkowych interpretacji.
No właśnie, jak mi się ta wystawa podoba? Przede wszystkim rozczarowuje. Staram się jednak wyrobić w sobie podejście: nie oczekuj za dużo od pierwszego tego typu wydarzenia w Polsce. Spaceruję po korytarzach i salach, przyglądam się wnikliwie dziesiątkom torsów, tyłków i penisów, popatruję na rzadko spotykanych towarzyszy podróży i odnoszę wrażenie, że i oni chyłkiem na mnie popatrują. Jest raczej nijako, poza kilkoma wyjątkami prace nie robią na mnie wrażenia. Przyznaję, nie jestem ekspertem. Kilka lat temu zdawałem maturę z historii sztuk. Ale od tamtej pory gdzieś mi się to rozmyło w dziesiątkach innych zainteresowań. Toteż podchodzę do sztuki z pewnym dystansem, a już szczególnie do tak zwanej sztuki nowoczesnej. Jestem jednak wrażliwy, potrafię się wzruszyć, niekiedy pewne prace mnie mocno absorbują. Tak jak w pierwszy dzień wiosny tego roku w tym samym MN, gdy popadłem w swego rodzaju histerię widząc po raz pierwszy w życiu w oryginale te wszystkie obrazy, o których uczyłem się w szkole, dzieła kształtujące polską wyobraźnię, tworzące narodowe fantazmaty (może jednak nie wgłębiajmy się w to). Ars Homo Erotica nie wzburzyła mną, nie bardzo pobudzała do myślenia. Obojętność w tym wypadku jest gwoździem do trumny wystawy.
Był jednak taki moment, gdy nieco zaczęła moja głowa pracować: w momencie, gdy odkryłem, że sam poniekąd stałem się eksponatem i to w dość dosłownym tego słowa znaczeniu. Pośród książek wystawionych na stole na piętrze znalazłem tę, w której pojawiam się jako jeden z bohaterów, to znaczy stałem się inspiracją dla stworzonej przez pisarza postaci. Trochę tak, jakbym był elementem ekspozycji. Dziwne uczucie.
Odwiedzam też wystawę "Mediatorzy" w białym piętrowym baraku postawionym na dziedzińcu muzeum. O ile na zewnątrz panuje niemiłosierny upał, to w środku pawilonu jest jak w saunie, a na piętrze wręcz jak w piekle. Nieklimatyzowany budynek pod ostrzałem palących promieni słońca zamienił się w puszkę gorącego powietrza. Porozstawiane tu i ówdzie wiatraki mieszają tę zupę nie dając żadnej ulgi. W środku oprócz ciągnących się za mną upierdliwie pań pilnujących zupełna pustka. W bardzo małych pomieszczeniach wyświetlane są filmy. Gdy je oglądam, mam wrażenie, że albo ja niczego z nich nie rozumiem, albo o nic w nich nie chodzi. Na trzech ekranach jednocześnie wyświetlana jest tańcząca w krajobrazie barokowej sali kobieta. Wygina się radośnie uśmiechając się szeroko. I tak przez 10 minut, po czym film idzie od początku. No i co? Co to znaczy? W sali wywieszony jest też bzdetowaty tekst o tym, że taniec zbliża ludzi, z którego też nic nie wynika. To może właśnie o to chodzi, żeby nic z tego nie wynikało? Bo że taniec zbliża ludzi to ja wiem i bez wizyty w muzealnej saunie. W sąsiedniej salce zapętlająca się komputerowa animacja przedstawiająca coś jakby zmieniające stopniowo kolory powyginane fantazyjnie dilda, wśród których pojawia się chiński smok i zajączki. Radosna twórczość azjatyckiego artysty. Ja zaś z pozycji profana czuję, że po prostu nie ogarniam, nie wiem, jakich sensów mam się tu doszukiwać. I pytam siebie: po co na siłę doszukiwać się sensów? No więc już się nie doszukuję i idę do sąsiedniej sali, gdzie leci film nakręcony w byłej poznańskiej synagodze (że to synagoga w Poznaniu wiem "sam z siebie", bo żadnej informacji na ten temat na wystawie nie ma), która zamieniona została w pływacki basen. W filmie zrobieni na żydów młodzi ludzie skaczą w chałatach do wody, czytają w głębinach torę, a woda rozmywa ich długie brody i chusty, odprawiają żydowskie modły i wznoszą ręce ku niebu. To chyba akurat rozumiem, jednak wydaje mi się po prostu głupawe... Czasem jeśli chodzi o tę nowoczesną sztukę bliskie mi jest podejście Lema, który swego czasu wyszydzał projekty w stylu stawiania w Berlinie 20 tysięcy kubłów z wodą i nazywania tego "Pływającym Berlinem".
Nieprzewidzianym przez pomysłodawców wystawy symbolem staje się dla mnie cały ten plastikowy kontener wypełniony "dziełami sztuki" i zupą gorącego powietrza, którego nikt nie odwiedza i który nikogo nie obchodzi. Każe się w nim stać po 10 godzin starszym kobietom, którym leje się pot z czoła, które spacerują za zwiedzającym - niespodzianką, żeby pilnować, czy nie ukradnie on projektora, czy może nie nasika w jakimś niezrozumiałym geście protestu na instalację. Tak im się nudzi, że korzystają z każdej możliwości wejścia ze mną w kontakt instruując mnie nadgorliwie, że to nie działa, że tu się nie wchodzi (choć się tylko zbliżyłem, tam gdzie się nie wchodzi). Pytam jednej z nich, jak wytrzymuje w tym ukropie, w odpowiedzi słyszę narzekania na kierowniczkę, która cośtamcośtam. I tak te plastikowe pudełko staje się "samoistnym dziełem sztuki w miejskiej przestrzeni" (dowolnie można parodiować napuszony wystawienniczy język), w którym zamknięci są przepoceni ciecie, spełniający bezsensowne zadanie wymagające od nich poświęcenia i zaciśnięcia zębów. Teatr absurdu, w którym ciekawsze od wystawionych prac jest ich otoczenie. Jaki z tego morał?
skomentuj (2)
Pochłaniając pudełko merci i czytając kiepską biografię Houellebecqa pogrążam się powoli w słodkiej depresji, wilgotnej i kleistej, tak jak moje wymagające umycia włosy, które przegarniam niedbale rozleniwiony upałem wlewającym się do akademikowego pokoju przez uchylony balkon. Po wczorajszej rowerowej wycieczce po Śródmieściu i Pradze byłem jakiś nieswój, po kilku wieczornych godzinach spędzonych w jak zwykle wykręconej pozycji na "moim" łóżku odkryłem, że nie jestem w stanie wstać bez bólu. "Do jutra mi przejdzie" powiedziałem sobie i poszedłem spać. Dzisiaj nie jestem w stanie dojść do kibla nie trzymając się ściany. Nie poszedłem na dzisiejszy egzamin (wrześniowa sesjo poprawkowa witaj!), zadzwoniłem do pracy z informacją o mojej nadchodzącej absencji i zostałem "w domu". Początkowo stwierdziłem, że to świetna okazja, by pouczyć się do następnych egzaminów, prędko jednak utwierdziłem się w migoczącym początkowo niemrawo przekonaniu, że mój stan psychiczny nie sprzyja naukowej mobilizacji i pogrążyłem się w lekturze biografii Wielkiego Prowokatora. Leżę tak od rana w pozycji, która niweluje ból do minimum i pocę się odgarniając co i rusz klejące się do mojego czoła dość długie już włosy, przyglądam się z wysokości mojego łoża temu, co dzieje się w dole (dobry boże, jak ten człowiek z dołu potrafi marnować czas, jest w tym mistrzem) oraz temu, co za oknem. Na parkingu przy szpitalu ruch jak zwykle, od czasu do czasu docierają mych uszu odgłosy jakichś awantur, sporów o miejsce dla samochodu.
Mój stan niedomagania objawiający się ograniczeniem ruchliwości do minimum w gruncie rzeczy póki co całkiem mi się podoba. Ogłosiłem sam sobie, iż jestem obłożnie chory i w związku z tym mam prawo w ogóle nic nie robić. Znów mam 10 lat i świętuję, bo się rozchorowałem, bo nie mogę iść do szkoły. Brakuje tylko jakoś mamy, by mi wszystko podtykała pod nos. W mojej głowie wykiełkował pomysł, dość trudny jednak, jak sądzę, do realizacji. Gdyby zamknąć się w mieszkaniu tak całkiem i zdziadzieć dla czystej przyjemności, czytając książki i oglądając filmy, uprzednio zaopatrując się w odpowiednio ogromną ilość kukurydzianych chrupek i jogurtów, bez żadnych ludzi. Mógłbym tak zrobić na zawołanie, gdybym tylko miał ku temu warunki. Z półki wyglądają na mnie żałośnie domagając się uwagi książki ułożone w stos - to, co kupiłem za ostatnie pensje, nieco lekkomyślnie choć nie bez onanistycznego zadowolenia z samego siebie - patrzcie, woli kupić książkę, niż spodnie, jaki oddany sprawie i wzniosły!
Czego nie ma w tym stosie. Jest upolowany na MTK w maju Claudio Magrisa "Dunaj", dotykam go lubieżnie, z uczuciem, nie mogąc powstrzymać się przed otwieraniem w różnych miejscach, by czytać wyrwane z kontekstu fragmenty (kiedyś był to mój ulubiony sposób czytania), podziwiam piękną okładkę. Nie szedłem na MTK z myślą o tym, że coś kupię, chodziło raczej o odwiedzenie kogoś, a tu proszę, jaka niespodzianka, tak długo szukałem tej książki po księgarniach a tu leży tego od groma i to jeszcze w jakiejś śmiesznej cenie. Jest "Gottland" Szczygła, "Dookoła mojej czaszki" Karinthyego, "Wszystkie języki świata" Mentzla i "Reisefieber" Łozińskiego, "Rozstrojone umysły" Draaismy i sporo innych. Każda pragnie uwagi, każda lubi być dotykana; niestety nie mogę się podzielić, jestem tylko jeden a książek kilkanaście.
Nieszczęsna biografia pióra Denisa Demonpiona, naprawdę kiepska, oczekiwałem czegoś więcej, szczególnie po rozbudzającym nadzieje wstępie. Tymczasem jest to tak miałkie, nastawione na jątrzenie, sensacyjne i niczego w gruncie rzeczy nie tłumaczące. Głównie suchy opis pewnych trudnych do zweryfikowania faktów z życia pisarza, przytaczanie rozmów i opisywanie skandali, wszystko na niskim poziomie, naprawdę szkoda. Demonpion zapewne nieźle na tej wydanej bezpośrednio przez Możliwością Wyspy pisaninie zarobił. Wyczuł w interes, aż dziw, że nikt przed nim na to nie wpadł. Brnie się przez to dość ciężko.
Nieszczęsna biografia, nieszczęsny Houellebecq. Ostatni rok spędzony w Warszawie zdecydowanie zdominowany jest przez jego osobę. Przeszedł mnie na wskroś, na wylot i łapię się na tym, że w gruncie rzeczy codziennie zastanawiając się nad czymś, odwołuję się w pewnym momencie do jego powieści. Jest to dla mnie rzecz bez precedensu. Owszem, były książki, które mąciły mi w głowie na dłuższy czas, ale były to pojedyncze przypadki, z reguły następna książka tego samego pisarza nie robiła już na mnie takiego wrażenia jak ta pierwsza, tak jakby każdy pisał tak naprawdę o tym samym, zmieniając jedynie fabuły. W przypadku Houellebecqa jest inaczej. Choć gotów jestem stwierdzić, że pewne jego książki są lepsze a inne gorsze, to jednak nieodmiennie wywierają one na mnie duże wrażenie, skłaniając do rozmyślań i wywołując stany obniżonego nastroju. Korciło mnie niedawno, żeby podsumować w jakiś sposób ten rok w stolicy, a mógłbym to zrobić ilustrując moje warszawskie życie twórczością Houellebecqa.
Pierwsze było "Poszerzenie pola walki", pożyczone w sierpniu w moim wakacyjnym miejscu pracy. Położyłem się w promieniach popołudniowego sierpniowego słońca opierając tę cienką książkę o brzuch i przeczytałem jednym tchem. Była zadziwiająca i pozostała moją ulubioną książką tego autora, być może również ze względu na "prawo pierwszego utworu". Była ożywcza, chłodna i otrzeźwiająca zarazem, precyzyjna i celna. Sierpień minął szybko na lekturach i wycieczkach po mieście, a głównie na pracy w księgarni.
"Cząstki elementarne" kupiłem w październiku, nie pracowałem już księgarni, nie pracowałem nigdzie i użalałem się nad sobą na potęgę zmuszając się przy tym do robienia dobrych min do imprezowego towarzystwa z akademika nr 1. Szybko stamtąd uciekłem, nie będąc w stanie finansowo wytrzymać konieczności ciągłych alkoholowych zakupów. "Cząstki" świetnie korespondowały z moim wisielczym humorem i z przedwcześnie nadciągającą zimą. Z lubością rozdrapywałem podstawy egzystencji nurzając się w ponurych wizjach, jakże zbliżało mnie to, moim zdaniem, do życia! Tak, jakbyśmy żyli naprawdę jedynie wtedy, gdy rozpacz jest blisko, gdy czuje się na plecach oddech przyszłych cierpień. Błogość i nieświadomość przynoszą pustkę. Przechodziłem do porządku dziennego nad faktem tego, że jest niemal odwrotnie, że afirmacja życia oznacza coś zupełnie innego, i swawoliłem sobie z cierpieniem w najlepsze, wzniosły ponurak. Październik minął jeszcze szybciej niż sierpień - na chlaniu do 7 albo 8 rano co noc, grze w pokera i dobijających spacerach po wyludnionym, zimnym mieście, samotnych seansach filmowych (genialna "Pasażerka" Munka!). Być może kiedyś w moje spojrzenie na ten okres życia wkradnie się sentyment, w końcu to były dwa miesiące "prawdziwego studenckiego życia", choć tak skrajnie schizofreniczny, rozbity na dwa nieprzystające do siebie światy: imprezowy i samotniczo-depresyjny. Sama książka była dla mnie lekko rozczarowująca, ale tylko lekko: poziom czarnowidztwa momentami ocierał się o karykaturę, wszystko musiało się źle skończyć, to było oczywiste. Nie lubimy oczywistości w literaturze.
"Możliwość wyspy" przeczytałem w pierwszej połowie grudnia, głównie w jadalni sevilskiego mieszkania u K., w renfe z Sevilli do Malagi (co za niezwykły zbieg okoliczności, czytać houellebecqowskie opisy Murcji rzucając oczami na fantazyjne, jakby przeczące prawom natury skały Sierra Nevada) i na lotnisku w Gironie, w czasie 16 godzinnego oczekiwania na samolot do Poznania. Nie wiem, czy nie jest to lepsza książka niż "Poszerzenie". Dotknęła we mnie rzeczy najważniejszych, fundamentalnych, sfrustrowała i wpędziła w stan dystymiczny, co zresztą było do przewidzenia. Prostota stylu i bezkompromisowa odwaga jątrzenia, wkładania patyka w mrowisko - to są siły tego pisarstwa, w tej książce chyba najdalej posunięte w rozmiarze rażenia. Perfekcjonizm skomplikowanej narracji budzi respekt, ból bywał niemal fizyczny. Samego wyjazdu nie jestem w stanie wspominać, oprócz może dwóch czy trzech dni te dwa tygodnie były koszmarem, po którym zdecydowałem całkowicie zerwać kontakty z K. i aż do lutego rzeczywiście konsekwentnie nie odpisywałem na żadne jego wiadomości. Gęsta atmosfera sevilskiego mieszkania wypełniona była do sufitu ciężkim od niedomówień i kłamstw powietrzem, napięcie było nie do wytrzymania, mnie zaś to kłamstwo przyprawiało o mdłości, nic jednak nie mogłem zrobić - to nie moje życie. Pozostało mi przyglądać się temu, jak pięknie ludzie potrafią sobie pieprzyć egzystencję, tak w tym smutno przewidywalni, w innych warunkach byliby po prostu nudni. Będę już zawsze kojarzył tę książkę z górami Andaluzji i sterylnością stalowych lotnisk nowej Hiszpanii. Święta, które nastąpiły po Hiszpańskiej podróży były nijakie jak zwykle, w żaden sposób nie zapiszą się w mojej pamięci.
"Platformę" uważam za zdecydowanie najsłabszą powieść Houellebecqa. Ta, która wywołała największe zamieszanie we Francji, wydana bezpośrednio przed atakami z 11 września, jadąca po islamie bez umiaru, sprzedana w setkach tysięcy egzemplarzy. Znudziła mnie. Czytałem ją w czasie ferii w lutym, szukając niemrawo pracy, co zostało w końcu zwieńczone sukcesem. Luty to głównie kontakt z K., przebywającym w Warszawie na praktykach, nowe otwarcie, próba wmówienia sobie, że możliwa jest we wzajemnych stosunkach czysta karta.
W marcu wernisaż z pracami ojca w Łodzi. Żałuję że nie opisałem tego niezwykłego dnia, zniknie zapewne w zapomnieniu. Łódź ciężka od świeżego śniegu, atmosfera nieco amatorskiego artyzmu w przerobionym na galerię pubie w podziemiach kamienicy. W czasie wizyty w Manufakturze matka kupuje mi książkę, moja pierwsza tego typu prośba od wczesnego liceum. "H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu" przeceniona w likwidowanym Matrasie. Uwielbiam takie niespodzianki. Czytam ją już w nowoczesnym składzie w drodze do Warszawy, czytam powoli, w strachu, że ta cienka książeczka prędko się skończy. Często spoglądam w okno, w którym widzę samego siebie, swoje odbicie, noc przesłania krajobraz. Kończę prędko w akademiku. Jestem usatysfakcjonowany, dość pobłażliwy względem tego wczesnego tekstu. Jest to ciekawe, choć w gruncie rzeczy dość mi obce, na szczęście. Marzec to praca w kolejnej księgarni, miesiąc, którego niemalże nie było, wypełniony od rana do wieczora pracą i studiami. Tak zleciała wiosna, bezrefleksyjna i otępiająca, co być może robi dobrze na głowę, ale jednak sprawia, że pojawia się to niepokojące uczucie oddalenia od życia, znikają sny.
Na początku czerwca ta kiepska biografia. Pierwsza połowa czytana dość prędko z nadzieją, druga już z wyraźnym zmęczeniem. Praca. Sesja. Coraz bardziej mam dosyć tych studiów, coraz częściej pojawiają się gorzkie podsumowania, jako czasu w dużej mierze straconego, utopionego w rozłożonej na lata depresji. Sesja jakby do mnie nie dociera. Do dotychczasowych egzaminów przygotowywałem się głównie czytając wikipedię (to niezwykłe, że na uczelni, która uważana jest za bardzo dobrą można dobrze zdawać egzaminy czytając tylko i wyłącznie wikipedię, to jest w gruncie rzeczy straszne). Te trudniejsze przede mną, będę zmuszony zajrzeć do jakichś kserówek, notatek, nie napawa mnie to radością. Ten tumiwisizm pojawił się w trakcie trzeciego roku, gdy stwierdziłem, że stres i uczenie się na pamięć każdej pierdoły niekoniecznie przyczynia się do lepszych ocen. Zresztą, po co mi te oceny, szkoda mi zdrowia na staranie się o stypendium. Przede mną wakacje. Obawiam się, że znowu je zmarnuję, jak co roku. Oczywiście bardzo bym chciał się zakochać. Ale coraz słabsza jest moja wiara w to, że jestem do tego zdolny.
Co wyniosłem z lektury Houellebecqa? Trudno to wszystko opisać, tak tego wiele. Każdy inaczej odczytuje ten sam przekaz, w każdym dotyka on czegoś indywidualnego i osobistego. Dla mnie te książki są przede wszystkim ogromnie romantyczne; taka interpretacja może być dla niektórych zaskakująca. Nie znam bardziej romantycznego pisarza. Życie jest żałosne a ci, którzy tego nie dostrzegają są cudownie nieświadomi. Przed tym uchronić można się tylko w szeroko pojętej miłości, w oddaniu i poświęceniu, w wyzwalającym autentycznym kontakcie z drugim człowiekiem, w prawdziwym zrozumieniu. Sądzę, że nie takie musiały być intencje autora, ale tak to odbieram, na swój indywidualny sposób. Spłycam to strasznie, ale nie mam już siły pisać. Czas na merci.
skomentuj (3)
W mojej wyobraźni krzyczę na środku pełnej ludzi sali, w centrum uwagi, wszyscy słyszą mój głęboki, ciężki ryk. Jestem tym krzykiem, ten krzyk jest mną, który wydostaje się z siebie i już mnie we mnie nie ma, jestem poza, jestem wolny, niosę się ponad głowami oniemiałych ludzi. We śnie śmieję się do rozpuku, chichram się jak szalony, nieopanowanie, bezgranicznie. Neutralizuję śmiechem obiektywną rzeczywistość, zrywam kotwicę, rozpływam się w histerycznym rechocie. Na jawie gwiżdżę jadąc rowerem. Jadę bardzo szybko, tak że bolą mnie uda, podoba mi się to, ten ból i ten gwizd. Wiatr rozwiewa moje miękkie, sięgające ramion włosy, falują poły czarnego płaszcza. Najpierw gwiżdżę cicho, gwiżdżę pod nosem, nieśmiało, niezauważalnie, z niewypowiedzianą obawą, że ktoś usłyszy. Nie słyszą. Gwiżdżę głośniej, coraz głośniej i ten gwizd ciągnie się za mną, drga przestrzeń, włosy targane wiatrem chłoszczą powietrze. Jeden, ciągły, monotonny gwizd i ból w udach. Nie patrzę w twarze ludzi mijanych wieczorem w ciemności.
Idę w deszczu przez park. Odcienie zieleni mieszają się ze sobą, wielkie krople zsuwają się z liści, spadają na moje włosy, ściekają po czole, po nosie, kończą na spodniach, na trawniku, który zamienił się w rozległą, płytką kałużę. Szukam siebie między drzewami, nie wiem, za którym się mogłem schować. W drodze zgubiłem mnie, tak jak gubi się klucze albo telefon, lekkomyślny. Czasu jest mało, spieszę się bardzo, a to nie pomaga w poszukiwaniach. Między splotem brązów i zieleni miga mi On, a może tylko wydaje mi się, że go widzę, tak naprawdę nie widząc niczego więcej poza czubkiem swojego nosa, mokrego i zziębniętego. Włosy tak zabawnie mu się kręcą, uśmiecha się całym sobą i mruga do mnie znacząco. Ale mnie nie ma, bo się zgubiłem i nie wiem, co by to mruganie mogło oznaczać. Jest tylko ten smutny, przemokły i zagubiony chłopiec, patrzcie jak śmiesznie niesie swój garb, skulony, wychłodzony, użala się nad sobą, pełen obawy i wątpliwości, brakuje mu wdzięku w ruchach, brakuje koordynacji, wygląda, jakby zaraz miał potknąć się o własną stopę. Pole Mokotowskie ciężko oddycha mokrym powietrzem, Biblioteka jest zamknięta, monumentalna i głucha. W środku książki, obojętne na jego jęki i płacze, każda niesie historię, litery same dla siebie są niczym, tylko w człowieku ożywają, nabierają sensu. Sam dla siebie jestem, jakby mnie nie było, pragnę, żeby ktoś mnie czytał, łączył ze sobą znaki, tworzył obrazy. Czuję, że w ten sposób mógłbym odnaleźć siebie w tym deszczu.
Leżę na łóżku, w którym sypiam, ale które nie jest moje. Z głową na poduszce widzę swoje odbicie w szybie oddzielającej mnie od kolejnego deszczowego dnia, widok na parking i szpital. Chciałbym móc choć marzyć, ale nie mogę, dobrowolnie zredukowałem się w obawie przed czymś, czego nie znam, a co mogłoby mi uniemożliwić "ogarnianie się". W głowie słyszę ich złośliwe szepty: jesteś niedostosowany, najpewniej życie cię przerasta. Jak długo jeszcze muszę sobie zaprzeczać, żeby móc udowodnić, że to, o czym marzę, to "nieogarnięcie" właśnie, nie jest koniecznością, lecz moim własnym wyborem? Dlaczego właściwie chcę cokolwiek udowadniać? Ach, wygrałem konkurs w pracy, konkurs na wciskanie kitu. Jestem świetnym wciskaczem kitu, najlepszym. Królewna Śnieżka powiedziała, że to dlatego, że mam taką niewinną buzię. Czy to nie wystarczy? Nie chcę już dłużej w tym uczestniczyć. Śmiechy. W jak wielki, w jak rozległy nawias można siebie wziąć, nie tracąc samego siebie - nie wiem, mam nadzieję, że jeszcze siebie odnajdę za którymś z drzew. On tam będzie stał i będzie się uśmiechał a krople deszczu na jego kręcących się włosach będą lśniły, powietrze stanie się lekkie. Dotknie opuszkami palców moich ust patrząc mi w oczy, cały czas lekko uśmiechnięty, będę wiedział, że mam niczego nie mówić. Nie chcę być praktyczny bardziej, niż to konieczne.
Kolorowy ptaku, słyszysz jazgot gołębi?
skomentuj (0)
Siedząc na górze piętrowego łóżka w samym środku akademikowego półśmietnika oglądam Bolta po rosyjsku, który leci spiratowany na monitorze komputera 2 metry w dole. Niewiele rozumiem. Pomaga to, że widziałem ten film kilkanaście razy w czasie, gdy jeszcze pracowałem w kinie, więc i tak doskonale wiem, co się dzieje. Pode mną Białorusini, on leży na brzuchu, ona na nim klepie coś na laptopie, tak jak ja nad nimi.
Nie wiem, co mam zrobić z wolnym wieczorem. Nudzę się. Jeżeli życie jest cudem, to nuda musi być najcięższym przestępstwem. Przede mną wolny 'weekend majowy', o który w pracy wcale nie prosiłem. Jeżeli będzie ładna pogoda - zajeżdżę się na rowerze na śmierć. Jeżeli będzie brzydko - na śmierć się zanudzę. Jako, że nudzą się ludzie nudni, nie pozostaje mi nic innego poza stwierdzeniem, że jestem nudny. Przyznaje się. Jestem nudny jak cholera. Nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Nie mam nic ciekawego do napisania. Nie ma żadnej opowieści, niezwykłej historii, zwykłej zresztą też nie ma.
Ostatnio wydaje mi się, że czas jest złudzeniem, że istnieje tylko ten punkt, reszty nie ma, zawsze jesteśmy tylko i wyłącznie w tym jednym, jedynym punkcie, z którego w żaden sposób nie jesteśmy zdolni się ruszyć, uwięzieni w sobie.
Warszawa zazieleniła się, wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Zimową depresję zastąpiło wielkie nic. Nie wiem co lepsze. Pustkę w mojej głowie skutecznie podtrzymuje bezmyślna praca. W ciągach szkoła - praca - sen (pozbawiony snów) rozpływam się i rozcieńczam, tak że już sam nie jestem pewny tego, czy w ogóle istnieję, czy to tylko bezwolna kupa mięsa, miękka i półpłynna. Kiedy trafia mi się wolny dzień, zupełnie nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Piękne idee ukryły się na dnie świadomości, nawet ta 1/7 góry lodowej nie wystaje ponad powierzchnię.
Podczytuję trochę stare notki prawiebruneta. Biorę w pracy góry kuponów na lody z myślą o tym, że może je z kimś wykorzystam, nie wiadomo z kim. Planuję zarąbać się sportowo. Sport nas wyzwoli. Rower, basen, brzuszki. Plan już zresztą wdrażany. Człowiek po kilkudziesięciu kilometrach na rowerze czuję się tak głupawo zadowolony. Udaję, że jest fajnie i wącham żółte forsycje w drodze na uczelnię. Znowu słucham późnego Talk Talk. Robię sobie makaron z pesto i olewam uczelnię na potęgę. Sesja, nie sesja, nie robi mi to już różnicy, raczej nudzi. Byleby to jakoś dokończyć, mało zostało. Rozwijam bezwolnie w obojętności pracownicze kontakty. Nigdy łatwiej nie przychodziło mi wchodzić z ludźmi w interakcje. Nigdy też interakcje te nie były aż tak nijakie, do zapomnienia. Wiem, że długo nie wytrzymam w tej nijakości. Pytanie tylko, czy tym razem przekuję to w coś sensownego, czy znowu skończy się nerwowym rozstrojem. Już za miesiąc, jak tylko skończę ten podwójny semestr, będę miał świetne warunki do tego, żeby kształtować swoje życie. Obym tego nie zmarnował.
Trochę tęsknie za Wrocławiem (ale tak raczej nie za mocno) i martwię się nieco Babcią. Wszystko to jest takie letnie. Niby nie jest źle, ale dobrze też w końcu nie jest. Od czasu do czasu moją wyobraźnię rozpalają książki, których codziennie dotykam, a do których czytania nie mam warunków. Zastanawiam się nad pisaniem jako sposobem na życie. Mam w sobie na tyle duże pokłady nerwowości, by móc umiejętnie podsycać ognie narracji. Na zmianę śmieszy mnie to, przeraża i pociąga. Tak, jak kiedyś kręciłem w myślach film idąc ulicami, tak teraz piszę książkę.
Niekiedy wieczorem całuję poduszkę. Rano już o tym nie pamiętam.
skomentuj (1)
Survival 2009-11-15 15:39:01
Wyliczyłem dzisiaj, że do końca miesiąca mogę wydawać 4 zł 18 groszy dzienne na wszystkie możliwe potrzeby, czyli w praktyce na jedzenie. Innych potrzeb nie mam. Zachodzę w głowę, jak te pieniądze rozdysponować. Rozwiązywanie tej kwadratury koła zajmuje mnie od rana. Mogę teoretycznie żywić się jajecznicą z cebulą, chlebem i marchewką. Jakoś bym w ten sposób przeżył, może by i mi na zdrowie wyszła taka dieta. Układam więc w głowie plan, który zaraz po tym, jak się dopnie, rozpada się, pojawiają się na nim rysy. Bo na przykład, żeby zrobić jajecznicę, potrzebny jest olej, którego nie mam. Ile właściwie kosztuje olej? Chyba więcej niż jednodniowa racja żywnościowa. Zaraz przypominam sobie, że mam jeszcze ser w lodówce, keczup i masło orzechowe, których w obliczeniach nie uwzględniłem. Jeżeli będę przez następne dwa dni jadł to, co jest jeszcze w lodówce, mogą znaleźć się pieniądze na olej. Nie mam też właściwie soli, płynu do naczyń, kończy mi się pianka do golenia. Właściwie to podarły mi się spodnie. Więc chodzę w podartych. Martwi mnie drgająca powieka. Ewidentnie brakuje mi pewnych witamin. Nie przepadam za wyliczeniami na blogu, nigdy nie lubiłem 'relacyjności', opisywania tego, co się dzieje, jeżeli nic interesującego z tego nie wynika. To niezbyt pasjonujące zestawienie braków i potrzeb jest jednak jakimś dokumentem, który w przyszłości może coś znaczyć, być świadectwem pewnej epoki, która, jak zakładam, kiedyś się skończy.
Od dłuższego czasu balansuję na cienkiej linie. Łatwo jest z niej spaść i nie ukrywam, że nieraz byłem takiego upadku bliski. Mam za sobą różne przygody, różne sytuacje w jakiś sposób graniczne, opisywałem je malowniczo na blogu w długich wypracowaniach, jednak to, co dzieje się obecnie, jest skrajnością, dla której trudno znaleźć odpowiednik w przeszłości. Jest to sytuacja przejścia, które zdarza się w istocie raz w życiu. Jeżeli nie dostanę stypendium naukowego skończy się to katastrofą o skutkach trudnych do opisania. Wielbię 2009 rok za szansę, jaką mi ofiarował, w tym sensie jest to najlepszy czas od lat. Pomimo całego mojego biadolenia od dłuższego czasu w mojej podróży trasą życiowej sinusoidy znajduję się za okresem depresji i najprawdopodobniej przed czymś dobrym. Tak sądzę. Świadomy jestem jednak tego, jak kruche jest to wznoszenie się i jak łatwo wejść w kolejny dół. Nie jestem już przytłoczony codziennością funkcjonowania w dysfunkcyjnej rodzinie. Moje obecne problemy są tak naprawdę mniej znaczące niż te, które miałem jeszcze pół roku temu. Ale mogą mnie doprowadzić do konieczności powrotu do poprzedniego stanu, czego boję się jak ognia, bo doskonale wiem, że nie byłbym w stanie znieść tamtego życia dłużej. Jeśli już dostaniesz od życia zalążek normalności postrzeganej jako wolność od permanentnego udupienia, perspektywa powrotu wydaje się być koszmarem.
skomentuj (2)
Mieszkam w tym mieście już 3 miesiące. Nigdy nie byłem bardziej samotny niż jestem teraz. Jakbym zapadał się coraz głębiej w śmierdzący muł, jakbym nosił w sobie ranę broczącą smutkiem, który zalewa mnie nadchodzącymi regularnie falami. Gdy wieczorami pałętam się samotnie po centrum oczy zachodzą mi łzami. Nie użalam się nad sobą. Nawet nie myślę zbyt dużo. Łez nie wywołują żadne konkretne myśli, one się po prostu pojawiają. Niemal bezustannie otaczają mnie ludzie, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego, którzy niczym mnie nie przyciągają, nie ma w nich niczego intrygującego, niczego pięknego. Chodzę wcześnie spać i późno wstaję. Coraz mniej wierzę w to, że kiedyś będzie inaczej, że będzie 'dobrze'. Męczą mnie te same, nierozwiązywalne od lat problemy, te same bóle. Innym ludziom wszystko przychodzi tak łatwo, po prostu coś robią, dla mnie najprostsze rzeczy stanowią problem. Najgorsze jest to, że nikt tego nie rozumie i z tego powodu nawet nie próbuję nikomu tłumaczyć. Mógłbym jedynie wyjść na dziwaka, nic więcej. Jak każdy żałosny nieudacznik uciekam w marzenia, w fantazje. Życie nadal jest gdzie indziej a to, które mnie otacza, jest nieatrakcyjne. Szare życie w szarym mieście, przygnębienie rozlewa się wraz z mgłą między blokowiskami, płoży się po ziemi wsiąkając w każdy betonowy zakamarek szarości. Nie ma zachwytów, są rozczarowania. Dobrze, że już czas iść spać.
skomentuj (7)
Każdy z nas potrzebuje miłości; to oczywiste.
Budzę się niedługo przed jedenastą, widzę pierwszy w tym roku śnieg zalegający na drzewach za oknem, jest go naprawdę dużo, jest ciężki i mokry. Boli mnie ciało i chciałbym spać dłużej, ale wiem, że już nie zasnę. Na stole na środku pokoju nie ma miejsca - zajmują go puste butelki po wódce, piwie i soku, kieliszki i resztki pożywienia, które zalegają również na otaczającej stół podłodze. W moim kącie pokoju jest ciemnawo, z miejsca, w którym śpię widzę co prawda okno ale jest ono ode mnie oddalone o parę metrów, dodatkowo od centralnej części pokoju oddzielają mnie szafy ustawione tak, że powstaje coś na kształt 'własnej przestrzeni', jest to jednak tak naprawdę pozór prywatności - nie da się od izolować od ludzi, z którymi się mieszka. Zresztą, nawet gdyby spróbować, jakby to wyglądało?
Akademiccy współlokatorzy zalegają każdy na swoim miejscu, ich położenie od końca imprezy niewiele się zmieniło. Pierwszy jest nieco przy mnie niski a przy tym okrągławy, sprawia wrażenie miłego człowieka; chodzi spać nie wcześniej niż o 4 nad ranem i wstaje około godziny 14. Większą część dnia zajmuje mu przesiadywanie przy laptopie i granie w gry oraz słuchanie muzyki (konkretnie radia Eska). Jest sympatyczny i nudny. Starałem się z nim rozmawiać, ale nigdy nie wyszło to poza sferę podstawowych oczywistości.
Drugi wprowadził się ledwie dwa dni temu. Pochodzi z małego miasta na Dolnym Śląsku, porusza się ociężale, ma niski, tępy głos i podobny sposób bycia. Swoje nieskomplikowane wypowiedzi przerywa przekleństwami, często pociąga nosem, chrapie i pierdzi. Zupełnie nie wiem, o czym miałbym z nim rozmawiać.
Wielkie mokre płatki śniegu sypią się z bladoszarego nieba. Wzdrygam się na myśl, że muszę gdzieś dzisiaj iść, coś ze sobą zrobić, czymś się zająć. Najchętniej cały dzień spędziłbym w łóżku czytając "Cząstki elementarne". Na dworze musi być bardzo zimno a ja nie mam kurtki, jedynie marynarkę i bluzę. Nie mam też odpowiednich butów. Czuję, że mam spuchnięte gardło, wciąż czuję w sobie wczorajszy alkohol. Naprawdę chciałbym pospać jeszcze kilka godzin, choćby żeby nie musieć oglądać otaczającej mnie szarzyzny; żeby mnie nie było.
Kąpię się długo. Siadam pod prysznicem w kucki a na moje plecy leje się przez kilkanaście minut bardzo gorąca woda. Przyjemne ciepło strumieniami spływa po zmęczonym ciele, zbiera z jego powierzchni poprzedni dzień i noc, po czym znika w spływie. Myślę o M., myślę, żeby się wypchał. Będę o nim myślał co jakiś czas przez cały dzień. Nie sądzę, żebym darzył go uczuciem, mój nieoczekiwany afekt jest zapewne wynikiem odrzucenia. Choć kto wie, czy nie rozwinęłoby się we mnie coś tak dla mnie niepojętego jak zakochanie. Spałem przy nim i było mi dobrze, ucieszyłem się ranem z tego, że go widzę. To coś niezwykłego dla człowieka, który rzadko kiedy cieszy się czyjąś obecnością. Mężczyzn przyciągała moja pewność siebie, wygadanie, poczucie humoru i uśmiech. Odrzucałem ich jednego po drugim, zawsze obojętny, nieszczęśliwy z powodu niemożności odczuwania. Gdy M. mi się spodobał, okazało się, że wymienione przeze mnie cechy opuściły mnie. Byłem wystraszony i zamknięty w sobie, niewątpliwie zniechęcający. Cóż za ironia losu, niefart, pech czy to tam jeszcze. M. jest chłodny, nie jestem tożsamy z obrazem jego pragnień, nie jestem spontanicznym, wesołym chłopcem. Właściwie jestem za stary (choć to M. jest ode mnie 11 lat starszy). Moje zachowanie przy nim nie daje mu nadziei na to, że będę pompował w niego życie, tak jak robili to poprzednie chłopcy. Przyznaje, szkoda mi, że taki nie jestem. M. jest niezwykle przyjemnym człowiekiem, bardzo lubię jego serdeczną, ciepłą powierzchowność i naturalną dla niego wesołość. Może nauczyłbym się przy nim kochać. Może potoczyłoby się to inaczej, gdybym nie bał się tak panicznie seksu. Po raz kolejny jestem zdolny żałować tego, że jestem tak skomplikowanym człowiekiem.
Wiatr sypie mi mokry śnieg w oczy, który szybko się topi, marynarka staje się powoli ciężka od wody. Jadę do Pałacu na targi pracy; jestem coraz bardziej niechętny temu pomysłowi. Przemoczony i zziębnięty docieram na miejsce. W środku wielki tłum, nie znoszę tłumów. Czuję się przytłoczony, wyzwala to we mnie agresję, wpadam niemalże w panikę. Kręcę się bez sensu przez kilka minut między stoiskami zderzając się co i rusz z innymi ciałami, ludzie przepychają się dookoła mnie popychając mnie bez krępacji. Pomiędzy białymi budami jest szczelina, wchodzę w nią i znajduję mnóstwo pustej przestrzeni za rzędem boksów. Siadam pod ścianą i zamykam oczy. Słyszę głośny gwar ale nikogo nie widzę; oznaką tego, że ktoś jeszcze jest w kolumnowej sali jest jedynie dźwięk, przed którym nie mogę uciec tak samo jak w akademikowym pokoju nie mogę uciec przed odgłosami wydawanymi przez współlokatorów. Gwar jest jednolity, żadne konkretne kwestie mnie nie dobiegają. Dziwne uczucie pozostawania z boku rozgardiaszu, pozostawania z boku życia, gdzieś na peryferiach ludzkiego istnienia. Wpadam w rozpacz, gdybym chciał wrócić do tych ludzi nie byłbym nawet w stanie wstać. Obliczam po raz setny ile mam pieniędzy (a raczej ile ich nie mam) i do kiedy mi starczą. Wiem, że mogę się nawet miesiąc spóźnić z opłatą za akademik, wiem, że mogę jeść w barze Familijnym za grosze. Usiłuję sobie wmówić, że powinienem zacząć dawać korepetycje. Znajdowałem się w życiu w bardzo różnych sytuacjach, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek był tak zrozpaczony i wystraszony. Nie mam nawet z kim o tym porozmawiać, wszyscy są daleko, bardzo daleko. Do M. się nie odezwę, nie ma mowy, nie dam narazić się na śmieszność człowiekowi, który najprawdopodobniej niczego do mnie nie czuje. Serce bije mi szybko, czuję we krwi ciężkość rozchodzącą się po moim ciele, tak dobrze znaną mi ciężkość związaną z okresami depresji. Opuszczam Pałac niczego nie uzyskując, nie zostawiam nikomu cv.
Gdy wchodzę do głównego gmachu uczelni czuję się za każdym razem tak, jakbym znalazł się we wnętrzu atomu. Dookoła mnie przebiegają po zaburzonych trajektoriach ludzkie elektrony. Hol szkoły kipi niczym atomowe jądro. Czuję się tu obco, czuję, że mam z tymi ludźmi niewiele wspólnego. Fabryka przyszłych garniturowców (niektórzy już na studiach poruszają się na co dzień w takim ubiorze), zakład produkcyjny finansistów i ekonomistów, karierowiczów, pełen dynamicznych, energicznych młodych ludzi pewnych swojej przyszłości. Od pewnego czasu czuję, że w ogóle tu nie pasuję, że to jedna wielka życiowa pomyłka, że nie chcę mieć nic wspólnego ze słowem 'kariera'. Dobry Boże uchroń mnie przed karierą. Uchroń mnie przed znieczulicą, przed bufonadą, przesadną pewnością siebie. Boję się, że mogę nie wiedzieć, co jest naprawdę ważne, że mogę przechodzić obok tego obojętnie, nie dostrzegać, nie doceniać. Czasu jest mało.
Śnieg pada przez cały dzień, wiatr przechodzi kości. Marzę o tym, że jestem u M., że mnie przytula.
Każdy z nas potrzebuje miłości.
skomentuj (3)
Na placu Na Rozdrożu stoi chłopak. Jest już w takim wieku, że można by go uznać za młodego mężczyznę, on jednak tego do siebie nie przyjmuje. Nie czuje się mężczyzną, nie wie co to znaczy. Przechyla się oparty o barierkę, za którą rozciąga się sięgający horyzontu sznur samochodów jadących Aleją Armii Ludowej. Jest wieczór, ściemnia się i niedługo zapadnie chłodna październikowa noc pozbawiona światła księżyca. Lekki deszczyk sprawia, że odczuwa się zimno jeszcze intensywniej, tym bardziej gdy nie ma się na sobie kurtki a jedynie bluzę i marynarkę, które już zdążyły przemoknąć, odpowiednie raczej do wrześniowej pogody niż do jesiennych chłodów.
Przed jego oczami przesuwają się światła: po lewej białe, po prawej czerwone. Biało - czerwony potok płynie cierpliwie, choć niezbyt szybko. Jest to raczej leniwa, acz wytrwała rzeka niż górski strumień. Szeroka rzeka zmotoryzowanych jednostek ludzkich poruszających się od punktu A do punktu B, przypadkowo zebrany, chaotyczny, choć pozornie tak dobrze zorganizowany konglomerat. Każdy zmierzą dokądś, wiedzie go cel jego podróży, goni go czas, cokolwiek miałoby to znaczyć.
Chłopiec zajmuje metr kwadratowy wyasfaltowanej powierzchni na placu o tak znaczącej nazwie i nie wie, w którą stronę ma pójść. W bezruchu jest mu zimno i czuje wilgoć w butach. Stoi tu już tak długo, że zdążyło zrobić się ciemno. Zapalone latarnie rzucają blade światło, które odbijając się od nawierzchni ulicy tworzy coś na kształt romantycznej atmosfery. Ale on bynajmniej nie odczuwa w tej chwili żadnego romantyzmu.
Jest sam tak bardzo, jak tylko może być człowiek w obcym mu mieście. Nie zna tu nikogo. Jego przyjaciele są oddaleni o tysiące kilometrów i nie ma z nimi kontaktu. Koszmarnie się boi. Tak bardzo, że jego świadomość działa wybiórczo: o pewnych rzeczach po prostu nie myśli, nie jest w stanie. Nie ma pracy i od pewnego czasu żyje na kredyt, który trzeba będzie spłacić. Jego rówieśnicy z uczelni są mu obcy, są inni, czuje, że nie byłby w stanie się z nimi dogadać nie rezygnując z części samego siebie, a tego nie chce, nie chce iść na kompromisy, choć, nie ukrywajmy, być może na dobre by mu wyszło, gdyby postarał się nie być tak bezkompromisowym w kwestii kontaktu z drugim człowiekiem.
Świat rozkłada się na jego oczach a on nie może uwierzyć w to, co się dzieje. Czuje, że traci kontakt z rzeczywistością, że nie jest w stanie jej przyjąć, nie jest w stanie ogarnąć, zrozumieć tego ciągu zdarzeń, w wyniku którego znalazł się w tym właśnie a nie innym miejscu, na skrzyżowaniu dróg. W jego wyobraźni przesuwają się w sposób automatyczny obrazy, nie jest w stanie ich wstrzymać ani wpłynąć na ich treść: one po prostu się pojawiają, mieszając się ze światłami miasta, ze światłami samochodów i deszczem w ten sposób, że powstaje z nich miękka, wilgotna i chłodna substancja, która zdaje się unosić dookoła niego, nie pozwala mu się wydostać z tego momentu. Odrealnienie sięga zenitu. Chwilami zdaje mu się, że wszystko zależy od niego, w tym również te rzeczy, które uznajemy za raczej niezależne od naszej woli. Każda rzecz, każde zdarzenie jest wynikiem pracy jego umysłu. To tak, jakby nie istniały one naprawdę, jakby nie było żadnej obiektywnej rzeczywistości a jedynie zbiór fantomów, które można regulować za pomocą swej własnej sprawczej siły. Każdy ma swoje własne zdanie (bądź cudze zdanie, tyle że zinternalizowane) i broni go z przekonaniem o jego słuszności. Każdy ma jakąś swoją rację podczas gdy prawda jest pojęciem abstrakcyjnym. Jak to możliwe, że dwie osoby mogą być tak odmienne w swym postrzeganiu, że każda z nich przekonana jest o osobistym obcowaniu z prawdą? To tylko fantomy, zbiory memów, myśli chłopiec i nie pomaga mu to bynajmniej w zachowaniu jasności umysłu.
W obliczu rozpadu usiłuje uczepić się czegoś stałego, jakiejś deski ratunku, rozpaczliwie potrzebuje fundamentu, wyrzucony na brzeg życia niczym nieporadny, pozbawiony szkieletu morski stwór. Ludzie są jak plankton, płyną tam, gdzie ich niesie nurt, siłą pływu, powtarza sobie. Tam, gdzie nie ma niczego stałego rzeczą niezwykłą jest zostać wyrzuconym na brzeg. To granica nieosiągalnego, strefa szaleństwa: nie da się przez nią przejść, meduza nie może żyć na lądzie, tak jak człowiek nie może żyć poza ludzkością. 'Każdy jest sobą' brzęczy mu w głowie idiotyczne zdanie, w którym zawiera się prawda o naszym doświadczeniu, o jego nieprzekraczalności. Ten, kto został wyrzucony na brzeg (nie odważyłbym się napisać: wydostał się na brzeg), może jedynie poddać się tej elektryczności, zwanej 'natchnieniem' bądź 'manią'. Łatwo jest zwariować, nie być w stanie wrócić w otchłań oceanu.
Twardym rdzeniem, dookoła którego organizuje się przestrzeń ludzkich odczuć, pragnień i wyobrażeń jest ich codzienność, ich ocean wrażeń. Doświadczenie, na którym się opierają, jest stałe i wyraźne. Praca, związek, dzieci, religia, posiłki, fizyczny wysiłek, znajomi i krewni, seks. Współuczestnictwo w tych wszystkich czynnościach. Wspólnota. Co ma zrobić ktoś, kto nie ma żadnej z tych rzeczy, ktoś odbierający rzeczywistość jako strumień nieprawdopodobieństwa? Co ma być jego rdzeniem, organizować mu życie, tak żeby nie było tylko pustym trwaniem?
Stoi na rozdrożu po raz kolejny. Boi się, że może być już zmęczony. Mijają lata, w czasie których nie dzieje się nic dobrego. Jeśliby miał wskazać jakąś rzecz, którą uczynił w swojej dorosłości, a która miała sens, wskazałby sylwestrową noc tego roku, gdy, jak mu się zdaje, choć boi się o tym pomyśleć głośno, uratował życie człowiekowi. Jedyne zdarzenie, które miało znaczenie. Od czasu do czasu ktoś wydziera się: 'ciesz się życiem, uśmiechnij się, jesteś młody'! Jakże by chciał odczuwać radość. Jest w tym mieście również po to, by ją odzyskać, by nauczyć się ją przeżywać. I nawet przez chwilę zdawało mu się, że to jest możliwe dzięki drugiemu człowiekowi. Kiedy zdarzyło mu się raz, po tylu latach, zainteresować kimś na poważnie, okazało się, że ten ktoś nie jest zainteresowany nim. Wydostał się na mgnienie ze swojego chłodu, by dostać kopa. To i tak ogromny postęp. Miłość mogłaby być tratwą, mogłaby być ratunkiem, czymś, co by realnie istniało, przekraczało możliwości logicznego myślenia, nie dało się zrozumieć, uderzało prawdziwością.
Światła suną w równych rzędach, chaos poskromiony chwilowo układa się we wzór złożony z błysków pośród nocy. Gdzieś tam przed oczyma chłopaka jest most przerzucony przez rzekę. Myśli, że też potrzebuje mostu, który przeprowadziłby go nad zimną, wilgotną ciemnością, potrzebuje życiowej estakady. Nie ma nikogo, kto by potrafił wznieść się na pewien poziom i wyciągnąć do niego rękę. Pokazać, jak się powinno żyć. Zamiast tego musi samotnie brnąć błotnistą ścieżką, o której nie wiadomo, czy dokądkolwiek prowadzi.
Z zawieszenia wyrywa go głód, fizyczny dowód istnienia, negatywny fundament.
skomentuj (0)